Europy nie stać na miłość w czasach zarazy

http://www.rp.pl/artykul/9157,432179_Wroblewski__Nie_stac__nas_na_milosc_w_czasach_zarazy.html

Stało się dokładnie to, co przewidywał świętej pamięci Milton Friedman,pisząc, że euro to czysto polityczny projekt przygotowany na słoneczne dni. Spłynie z pierwszym deszczem – pisze publicysta Tomasz Wróblewski

źródło: Rzeczpospolita

Tomasz Wróblewski
autor: Mirosław Owczarek
źródło: Rzeczpospolita

Zaraza się rozpełzła. Strach przed niewypłacalnością z Grecji przeniósł się na Portugalię, Włochy i Hiszpanię. Rząd w Atenach za samo ubezpieczenie kredytu płaci dziś 4,2 proc. wartości. Pieniądze coraz trudniej pożyczać też Austrii, zanurzonej po uszy w toksycznych bałkańsko-ukraińskich długach i Belgii z długami większymi niż Hiszpania. Europejski Bank Centralny na podstawie ankiety wśród największych instytucji finansowych przewiduje w tym roku o 40 proc. większe straty na rynku obligacji rządowych.

Panika ma jednak swoje dobre strony. Rząd w Berlinie widząc, jak szybko kryzys rozprzestrzenia się po Europie, infekując inwestycje niemieckich banków, tratując po drodze euro i rynek obligacji, zdecydowany jest działać. Pomoc przypomina trochę akcję gaszenia lasu – kopanie rowów rozdzielających Grecję od innych państw mocno zagrożonych niewypłacalnością.

Gdzie zatrzyma się ogień

Szybki zastrzyk gwarancji dla greckiego rządu może uspokoić inwestorów i zatrzymać ucieczkę przed rynkiem europejskich obligacji. Ustabilizowanie ceny obligacji da chwilę wytchnienia. Nie tylko rządom, ale przede wszystkim bankom, które w ten sposób zabezpieczały swoje portfele inwestycyjne przed ryzykownymi kredytami dla nieruchomości czy wschodzących rynków. Dziś trudno sobie wyobrazić, gdzie ogień może się zatrzymać, jeżeli strawi granice Grecji.

W normalnym świecie, po Atenach przewalałyby się już bandy rabusiów, rozkradających sklepy. Strajki i demonstracje to nic w porównaniu z obrazkami, jakie pamiętamy z Buenos Aires dziesięć lat temu – porzucone biura światowych korporacji, stojące otworem dla każdego, kto potrzebuje nowego zszywacza czy wkładu do drukarki. Jeżeli tak się nie stało, to dlatego, że świat liczy na odsiecz. Ale problem jest dziś równie złożony, jak podczas kryzysu argentyńskiego.

Naturalnym partnerem w kłopotach powinien być Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Przywódcy G20 wyposażyli go w dodatkowe instrumenty i fundusze pomocowe. Problem w tym, że Grecja nie może zastosować prostej operacji dewaluacji swojej waluty. W 1999 roku rząd w Buenos Aires też bronił się przed uwolnieniem peso (przywiązany był do kursu dolara). MFW zaaplikowało państwu ambitny program wyrzeczeń i oszczędności, co ostatecznie załamało rynek wewnętrzny. Tłum wyległ na Avenida 9 de Julio i wytłukł okna wystawowe.

Dramat Grecji, podobnie zresztą jak Hiszpanii czy Portugalii, nie sprowadza się do samej tylko rozrzutności. Socjalne rządy są tu od lat. Problemem jest załamanie się całego europejskiego rynku. Spadający eksport, szorująca brzuchem po dnie turystyka, brak wpływów przechyliły szalę. Nagłe cięcia wydatków wyprowadzą tłum na ulice. Szefowie MFW nie ukrywają też, że byłby to fatalny sygnał dla wiarygodności samej Unii. No bo co warta Unia, która zostawia swojego członka w potrzebie.

Babka z piasku czy tort weselny

No właśnie, co warta jest ta Unia? Pakt stabilności i wzrostu z 1993 roku nie pozwala UE na wykupywanie długów innych członków strefy euro. Więcej, Bruksela nie ma gotowego planu ewakuacyjnego. Wszystko, co może, to wlepić karę za nie przestrzeganie reguł. I jest za co – za preparowanie danych ekonomicznych i fałszowanie wskaźników tak, żeby pasowały do rygorów pomocy unijnej. Ale to tak jakby komuś, kto skasował samochód, wlepić mandat za złe zaparkowanie wraka.

Stało się dokładnie to, co przewidywał świętej pamięci Milton Friedman, pisząc, że euro to czysto polityczny projekt przygotowany na słoneczne dni – spłynie z pierwszym deszczem.

Z pomocą będą musiały przyjść indywidualne rządy. Na to stać dziś tylko Niemcy i Francję. Ale i tu stąpamy po cienkim lodzie.

Twarde gwarancje wypłacalności dla bankrutującej Grecji to zachęta dla wielkich spekulantów. Stawką są setki miliardów – załamanie się całej strefy euro. Gra Georga Sorosa w 1992 r. na dewaluację funta sterlinga to przy tym jak babka z piasku przy torcie weselnym. Spekulanci nabrali powietrza w płuca w oczekiwaniu na czwartkowy szczyt Unii Europejskiej. Rynek obligacji szaleje od wczoraj.

Prezydent UE Herman Van Rompuy na tę okazję specjalnie wynajął Bibliotheque Solvay. Urokliwa sceneria ma natchnąć przywódców do myślenia – „o… dwa razy przeczytałem, żeby się upewnić, czy czegoś nie uroniłem” – jak wzmocnić europejską gospodarkę, żeby przez następne dziesięć lat mogła chronić nasz model socjalny.

Kryzys euro

Euro przechodzi największy kryzys w swojej 11-letniej historii. Deficyt Grecji przekroczył 14 proc. PKB, co stanowi 2 proc. PKB całej strefy euro. W kolejce bankrutów ustawia się Portugalia z 12 proc. PKB i Hiszpania z 11,4-proc. deficytem, ale w skali całej Unii to już masakra. Giełdy od Wiednia po Lizbonę lecą na pysk. Tymczasem pierwszy przywódca zjednoczonej Europy od czasów Karola Wielkiego martwi się, czy niemiecki robotnik dwa lata po tym, jak rzuci pracę, dalej będzie dostawał pensję. Czy Opel może produkować samochody, za które zapłacą podatnicy. Co zrobić, żeby Hiszpanka mogła dwa lata pozostawać na pełnopłatnym urlopie macierzyńskim. I żeby francuski urzędnik mógł już w czwartek wieczorem wyjechać za miasto w ramach programu 35 -godzinny tydzień pracy.

W tym miejscu przypomina się Ronald Reagan, który na wieść, że francuski premier nie zezwala na przelot amerykańskich myśliwców mających zbombardować Libię, zapytał: „Gdzie oni znajdują tych dziwnych ludzi?”.

Niemieckie pieniądze muszą za sobą pociągnąć przemyślny plan reform fiskalnych w Grecji. Pomoc nie może się ograniczyć do wykupienia długów. Inne kraje zachęciłoby to tylko do naśladowania i wzmacniało wszystkich tych, którzy głównie troszczą się o socjalny model życia. To musi być bardzo bolesny program, który nie ograniczy się do obietnic. Dotychczasowe programy reform Grecji, Irlandii, Hiszpanii, Portugalii mało kogo przekonały.

Socjalistyczny rząd Jose Luisa Zapatero gorąco zapewnia o oszczędnościach i reformie systemu emerytalnego, ale jeszcze miesiąc temu podnosił w Hiszpanii płace minimalne. Tłumaczył, że inflacja zjada oszczędności ludzi pracy. Że też nie pomyślał, skąd się wzięła!

W środę rynki ożywiły się na wieść, że szef europejskiego banku centralnego Jean-Claude Trichet opuścił szczyt w Australii i wrócił ratować Europę. Rozmawiał już z niemieckim ministrem finansów Wolfgangiem Schauble, który pokieruje całym programem. O filozoficznych rozterkach ani o samym Van Rompoyu nikt już nie mówi.

To mogą być krytyczne godziny dla przyszłości Unii. Koszty deficytu i blisko 100-proc. zadłużenie UE w stosunku do PKB wszystkich państw członkowskich będziemy odczuwać długie lata. Jedyna nadzieja, że za programem ratunkowym pójdą zmiany w Brukseli. Przywódcy wyciągną z powrotem na stół ustalenia, zapomnianej komisji ds. nadzoru finansów Jacques’a de Larosiere z 2009 roku. Rozszerzone zostaną kompetencje Banku Centralnego, a ograniczona suwerenność państw członkowskich wszędzie tam, gdzie swoje socjalne wartości chcą wprowadzać kosztem wspólnego dobrobytu.

Autor był redaktorem naczelnym tygodnika „Newsweek Polska” i wiceprezesem wydawnictwa Polskapresse. Współpracuje z „Rzeczpospolitą”

Advertisements

Posted on 20 lutego 2010, in Bankowość/finanse, Społeczeństwo/polityka. Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: