Z polskiego dywizjonu do Programu Apollo

Lotnisko Northolt pod Londynem, 14 lipca 1942 roku. Ciszę poranka przerwał ryk silników czterech Spitfire’ów, które przeleciały nad głowami dwóch mężczyzn stojących na płycie lotniska. Leciały w rządku, niemal dotykając się końcami skrzydeł. Koło wieży jak na sygnał jednocześnie podniosły podwozie. Młodszy z mężczyzn odprowadził je wzrokiem. „Rany boskie, gdzie oni mnie przysłali?! Przecież ja w życiu nie nauczę się tak latać…” – pomyślał, a po chwili spytał towarzyszącego mu człowieka w brytyjskim mundurze: – Kto to był? – To Polacy. 317 Dywizjon Myśliwski. Będziesz z nimi latał. – padła odpowiedź. Po wejściu do głównego budynku bazy Brytyjczyk wskazał swojemu towarzyszowi drzwi na końcu korytarza i oddalił się. Nowicjusz otworzył drzwi i wszedł do środka. Przy oknie, z nogami opartymi na biurku siedział jakiś kapitan. Młody pilot podszedł bliżej, położył na biurku swój logbook i przedstawił się.

Kapitan drgnął usłyszawszy niemiecko brzmiące imię i nazwisko. – Niemiec? – spytał z niedowierzaniem. – Studwudziestoprocentowy Polak, panie kapitanie! – odpowiedział nowoprzybyły. – A więc posłuchaj mnie, synu – rzekł szorstkim głosem kapitan – zabieraj ten kajecik z mojego biurka, zamknij drzwi z tamtej strony, potem wejdź i zamelduj się porządnie! Zrozumiano?! Młody pilot chciał mu odpyskować, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język. W końcu robienie sobie wrogów już pierwszego dnia nie byłoby posunięciem rozsądnym. Zameldował się ponownie. Kapitan zdjął nogi z biurka i wyszedł z pokoju nawet na niego nie spojrzawszy. Pilot zwrócił się do siedzącego w kącie adiutanta. – Ty, co to za ważniak? – To twój nowy dowódca – odpowiedział adiutant – nazywa się Stanisław Skalski. Werner Ryszard Kirchner urodził się w lipcu 1918 roku w Opolu, które wtedy nosiło nazwę Oppeln. Zaraz po odzyskaniu przez Polskę niepodległości cała rodzina przeniosła się do Katowic, gdzie młody Werner ukończył szkołę powszechną i gimnazjum. Matura zdana z bardzo dobrym wynikiem gwarantowała mu wstęp na każdy uniwersytet. Wybrał studia chemiczne na Politechnice Lwowskiej. Jednocześnie wstąpił do lwowskiego Aeroklubu, gdzie wkrótce zdobył uprawnienia pilota. Wykorzystywał je latając w odwiedziny do rodziców mieszkających w Katowicach. Wojna zastała go we Lwowie. Zgłosił się na ochotnika do wojska, ale nie dane mu było walczyć na froncie. W dniu inwazji sowieckiej ewakuował się do Rumunii. Stamtąd drogą morską dostał się do Francji, aż w końcu wylądował na Wyspach. Tam zaliczył szereg kursów lotniczych – najpierw kurs podstawowy w Carlisle, potem zaawansowany w Montrose niedaleko Aberdeen, kurs strzelców pokładowych w Stormy Down, aż wreszcie znalazł się w jednostce szkolenia operacyjnego w szkockim Grangemouth. Po ukończeniu wszystkich kursów dostał przydział do 317. Wileńskiego Dywizjonu Myśliwskiego stacjonującego pod Londynem. Tam w bezceremonialny sposób przywitał go Stanisław Skalski. Na dzień dobry Werner otrzymał potężny wycisk od swojego dowódcy. Skalski kazał jemu i innemu młodemu pilotowi zameldować się za 10 minut przy samolotach. Przed startem kazał obu wykonywać dokładnie te same manewry co on. Trzy myśliwce wzbiły się w powietrze, osiągnęły pułap 28 tysięcy stóp i wówczas zaczęła się jazda. Lecąc ze Skalskim skrzydło w skrzydło obaj piloci mieli robić dokładnie to samo co on. A ten wykręcał beczki, wykonywał ciasne zakręty, nurkował ostro w dół i wyciągał samolot tuż nad ziemią. Obu żółtodziobom pot zalewał oczy, żołądek podchodził do gardła, a serce wskakiwało na ramię. Kiedy wylądowali nie mogli utrzymać się na nogach. – No, Kirchner! W powietrzu to ty się trzymasz, ale o lataniu pojęcia nie masz. Przez pierwszych dziesięć lotów będziesz miał obstawę. A potem radź sobie sam. – zawyrokował Skalski. Werner do końca życia zapamiętał tę lekcję. Zawsze powtarzał, że wszystko, co osiągnął zawdzięcza rodzicom i Stanisławowi Skalskiemu. Chrzest bojowy Wernera Kirchnera odbył się w sierpniu 1942 roku i miał dość humorystyczny przebieg. Lecieli nad Dieppe w ochronie konwoju morskiego. Nagle pojawiły się niemieckie Heinkle 111. Werner wsiadł jednemu na ogon i już miał otworzyć ogień, kiedy z tyłu kabiny niemieckiego bombowca pojawiło się jakieś migające światełko. „Niemiec nadaje Morsem! Chyba się poddaje!” – krzyknął podekscytowany do mikrofonu. Odpowiedział mu chóralny rechot kumpli: – Jakim Morsem, ty głupku! On do ciebie strzela! Werner zrozumiał, że ten „alfabet Morse’a” to były rozbłyski ognia z lufy karabinu maszynowego tylnego strzelca. Jeden ze Spitfire’ów podleciał bliżej, zgasił strzelca i strącił Heinkla długą serią. Na lotnisku Werner wysiadł z samolotu czerwony ze wstydu. Na szczęście kumple okazali się dyskretni i nie opowiedzieli nikomu o jego „morsowej” wpadce. Na przełomie lat 1942/43 wysłano go na kolejny kurs do Szkocji, z którego wrócił w stopniu podporucznika. Werner Ryszard Kirchner jako pilot 317. Wileńskiego Dywizjonu Myśliwskiego. Wieczorem 15 maja 1943 roku patrolował z kolegą okolice Orfordness na zachodnim wybrzeżu Anglii. W pewnym momencie zauważyli dwa Focke Wulfy atakujące brytyjską łódź patrolową. Podlecieli do nich i z odległości kilkudziesięciu jardów otworzyli ogień. Mimo zapadającego zmroku Werner zauważył jak „jego” Niemiec spada w płomieniach do morza. Wkrótce potem Dywizjon Wileński został przebazowany do Perranporth w Kornwalii. Werner cały czas był w jego podstawowym składzie bojowym. Właśnie tam, w Kornwalii poznał swoją żonę – pochodzącą ze Szkocji Deidre Wilkinson. W październiku 1943 roku wzięli ślub w jednym z londyńskich kościołów. Udzielał im go kapelan Dywizjonu Walenty Nowacki. Podczas ceremonii o mało się nie pobili… Deidre była wyznania anglikańskiego, więc zgodnie z brytyjskim zwyczajem Werner włożył jej obrączkę na lewą dłoń. – Na prawą – syknął ksiądz. – Ale tutaj noszą na lewej – odparł Werner. – Na prawą mówię! Kto tu daje ślub?! – A czyja to żona?! – To rozkaz! – wrzasnął w końcu ksiądz. Kapelan był majorem, a Werner „tylko” porucznikiem, więc obrączka powędrowała na prawą dłoń. Zamieszkali w wynajętym domu niedaleko lotniska. Wkrótce potem na świat przyszedł ich syn Christopher. W czerwcu 1944 roku Werner osłaniał z powietrza inwazję aliantów w Normandii. Tam zaszedł wypadek, który zaważył na jego dalszym życiu. Lecąc nad Francją zauważył niemiecką kolumnę pancerną. Wybrał jeden z czołgów i wygarnął do niego z karabinów maszynowych. Niestety – pociski odskakiwały od pancerza nie czyniąc mu żadnej krzywdy. W tym momencie usłyszał flegmatyczny głos jakiegoś Anglika: „Panie kolego, pan pozwoli, że ja spróbuję…” Z boku nadleciał myśliwiec Hawker Typhoon. Spod jego skrzydła oderwał się jakiś podłużny obły kształt i wlokąc za sobą warkocz ognia pomknął ku czołgowi. Eksplozja rozerwała maszynę na strzępy. Werner patrzył jak urzeczony. Właśnie został świadkiem nadejścia epoki rakiet. Podczas służby w Dywizjonie Wileńskim Werner Ryszard Kirchner otrzymał trzykrotnie Krzyż Walecznych. Po zdemobilizowaniu postanowił dokończyć przerwane wybuchem wojny studia chemiczne i wstąpił do elitarnego Imperial College of Science w Londynie. Jako specjalizację wybrał paliwa rakietowe. Doktorat obronił w 1947 roku. Uzyskawszy stypendium na Massachusetts Institute of Technology w tym samym roku przeniósł się z rodziną do Ameryki i zamieszkał pod Bostonem. Studia na amerykańskiej uczelni zwieńczył kolejny doktorat uzyskany w 1949 roku. Kirchnerowie przeprowadzili się do Kalifornii, gdzie Werner rozpoczął pracę w firmie Aeroproject Corporation w Sacramento specjalizującej się w produkcji rakiet balistycznych typu Polaris i Minuteman. Jego kariera również przypominała lot rakiety – wkrótce został wiceprezesem firmy i głównym specjalistą od paliw rakietowych. W uznaniu jego zasług Amerykanie nazwali jeden z atomowych okrętów podwodnych (z rakietami Polaris na pokładzie) USS Casimir Pulaski. Podczas studiów na MIT Werner poznał swojego imiennika – Wernera von Brauna, który kiedyś projektował dla Hitlera pociski V1 i V2, a teraz pracował dla Amerykanów nad stworzeniem rakiety zdolnej wynieść człowieka w przestrzeń okołoziemską. Von Braun ściągnął Polaka do programu Apollo, którego celem było lądowanie człowieka na Księżycu. Werner Ryszard Kirchner szczególnie poświęcił się pracy nad silnikiem lądownika księżycowego Eagle. Opracował dla niego specjalne paliwo i wprowadził wiele ulepszeń. Zaprzyjaźnił się również z jego pierwszymi pasażerami – Neilem Armstrongiem i Edwinem „Buzzem” Aldrinem. 20 lipca 1969 roku. Lądownik „Eagle” ulepszony przez polskiego pilota-inżyniera zmierza ku powierzchni Księżyca. Po misji Apollo 11 zakończonej pierwszym w dziejach lądowaniem człowieka na Księżycu, podczas spotkania z prezydentem Nixonem obaj astronauci podkreślali zasługi i wkład polskiego inżyniera w powodzenie całego przedsięwzięcia. Werner Kirchner został członkiem kilku prezydenckich komisji naukowych. Na początku lat 70-tych został prezesem firmy Coast Pro-Seal Teledyne prowadzącej badania na rzecz przemysłu kosmicznego, a w 1978 roku założył własną firmę Kirchner Industries zajmującą się zastosowaniem komputerów w procesach produkcyjnych. Jednocześnie pracował jako niezależny konsultant w przemyśle rakietowym. Przez wiele lat był prezesem rady nadzorczej American Rocket Company. Pracował także dla CIA. Na podstawie zdjęć szpiegowskich pisał raporty na temat prognoz rozwoju radzieckiego programu kosmicznego. Pod koniec kariery został ekspertem NASA do spraw wahadłowców. Oprócz nauki pasjonował się także szermierką. W latach 50-tych został mistrzem Zachodniego Wybrzeża w szabli. W 1969 roku reprezentował Stany Zjednoczone w Mistrzostwach Świata w Szermierce, które odbywały się w Hawanie. Przegrał tylko z polskim szermierzem Jerzym Pawłowskim. Prywatnie był niesamowicie sympatycznym człowiekiem o olbrzymim poczuciu humoru. Z łatwością zyskiwał przyjaciół i był duszą towarzystwa. Polskę odwiedził po raz pierwszy w 1988 roku. Wziął udział w światowym Zjeździe Lotniczym w Warszawie. Doszło wtedy do wzruszającego spotkania z jego dawnym dowódcą – Stanisławem Skalskim. Potem jeszcze wielokrotnie przyjeżdżał do Polski. Zmarł w swoim domu w San Dimas w Kalifornii 6 marca 2008 roku. Nie wiadomo, czy za sprawą wrodzonej skromności, czy też z powodu niemiecko brzmiącego nazwiska ten genialny pilot-inżynier, człowiek, dzięki któremu możliwe stało się lądowanie na Księżycu jest w Polsce zupełnie zapomniany. Nie ma nawet hasła na swój temat w Wikipedii…

http://blogbiszopa.blog.onet.pl/Z-polskiego-dywizjonu-do-Progr,2,ID411958041,n

Advertisements

Posted on 8 sierpnia 2010, in Historia. Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: