Żółty, kitajski KOSZMAR Rosji

Odprawienie z pustymi rękoma deklarującego przyjaźń prezydenta Rosji dobitnie pokazuje, że wpływ Chin na świat XXI wieku, a zatem i Polskę, będzie ogromny

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20101002&typ=my&id=my61.txt

Radosław Pyffel

Chiny nie mają na Zachodzie dobrej prasy być może dlatego, że potrafią bezwzględnie zadbać o swój interes. Brutalnie przekonał się o tym w trakcie swojej trzydniowej wizyty w Państwie Środka prezydent Dmitrij Miedwiediew.

W Chinach Dmitrij Gienadiejewicz Miedwiediew podkreślał, iż stosunki rosyjsko-chińskie osiągnęły apogeum, a „poziom wzajemnego zaufania nigdy wcześniej nie był tak wysoki”. Po podpisaniu w 2001 r. układu o dobrym sąsiedztwie, w którym oba kraje uznały, iż nie mają wobec siebie roszczeń terytorialnych (w 2008 r. Rosja uroczyście przekazała sporne terytoria przy Rzece Ussuri Chinom), we wzajemnych stosunkach rozpoczął się miodowy miesiąc. Przywódcy Chin i Rosji podkreślali swój sceptycyzm co do skuteczności zachodnich recept na modernizację ich krajów. Sojusz rosyjsko-chiński jako przeciwwaga wobec Ameryki rzeczywiście działał efektywnie w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, a także na forum utworzonej w 2001 r. Szanghajskiej Organizacji Współpracy, w której oprócz Chin i Rosji są cztery inne kraje Azji Centralnej – Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan i Uzbekistan. De facto organizacja ta funkcjonowała już od 1996 r. pod nazwą Szanghaj 5 – wówczas jeszcze bez udziału Uzbekistanu. Amerykanie mogą także czuć się zagrożeni wspólnymi ćwiczeniami wojskowymi obu krajów, które odbywają się regularnie co dwa lata.
Wizyta Miedwiediewa w Chinach harmonijnie wpisała się w atmosferę wzajemnej przyjaźni, obfitowała w wiele wzniosłych deklaracji. Zaczęła się od Dalian, czyli dawnego rosyjskiego Dalnyj, nieopodal którego rozegrało się największe starcie wojny rosyjsko-japońskiej (1904-1905) znane jako bitwa o Port Artur.
Prezydent Rosji złożył kwiaty przy pomniku upamiętniającym poległych w wojnie japońsko-rosyjskiej i II wojnie światowej. W emocjonalnym przemówieniu mówił o chińsko-rosyjskim braterstwie umocnionym wspólnie przelaną krwią. W kontekście poprzedzających tę wizytę napięć między Japonią a Chinami, które dotyczyły sporów granicznych o małą wysepkę Diaoyutai na Morzu Chińskim (japońskie Sangkoku), słowa te nabrały szczególnej wymowy.
Ostatniego dnia prezydent Rosji odwiedził rosyjski pawilon na Expo w Szanghaju, pokazując polskim politykom, jak promować rodzimy biznes w Chinach, gdzie bardzo istotnym czynnikiem jest poparcie władz. Najwyższy rangą reprezentant państwa polskiego, który do tej pory odwiedził nasz pawilon, to minister kultury Bogdan Zdrojewski, nie licząc byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego.
Kluczową kwestią wizyty rosyjskiego prezydenta był biznes, a zwłaszcza współpraca energetyczna. Miedwiediew wraz z prezydentem Hu Jintao otworzył chiński odcinek ropociągu, którym Rosjanie od przyszłego roku będą pompować ropę do Chin.
Poza deklarowaną przyjaźnią i chęcią stworzenia wielobiegunowego świata (co de facto osłabia amerykańską hegemonię) oba kraje pragną zdywersyfikować odbiorców (Rosja) lub dostawców (Chiny) swoich surowców. Wydawać by się zatem mogło, iż strategiczne partnerstwo rosyjsko-chińskie ma wielką przyszłość i musi zostać umocnione.
Moskwa w defensywie
Nic takiego się jednak w trakcie tej wizyty nie stało. Jeśli odrzucimy dyplomatyczne pozory, zobaczymy prawdziwy obraz relacji na linii Moskwa – Pekin, a ten w perspektywie kolejnych dekad nie rysuje się zbyt ciekawie. Zwłaszcza dla Rosji. Już sam fakt, iż jako największy sprzedawca surowców na świecie eksportuje do największego ich konsumenta (Chiny wyprzedziły w zeszłym roku USA) mniej więcej tyle samo, co do 40-krotnie mniejszej Polski, musi budzić zdziwienie (w 2008 r. udział Polski w rosyjskim eksporcie to 4,5 proc., a Chin 4,3 proc.).
Prawdziwie gorzki smak czarnej polewki mogli jednak Rosjanie poczuć dopiero podczas negocjacji gazowych. Toczą się one od kilkunastu lat. Już w 2006 r. Gazprom deklarował, że sprawa budowy dwóch gazociągów dostarczających gaz do Chin jest przesądzona. Mimo to do dzisiaj one nie powstały ze względu na rozbieżne oczekiwania co do cen. Wizyta Miedwiediewa także okazała się na tym polu klęską. Szefowie Gazpromu uspokajają, że wszystkie szczegóły są uzgodnione, a kontrakt będzie podpisany w połowie przyszłego roku. Deklarują również, że rosyjski koncern od 2015 r.
(a wtedy ruszyłyby dostawy) jest w stanie nawet w stu procentach zaspokoić rosnące potrzeby Chin, które według koncernu CNPC, w 2020 r. będą zużywać trzykrotnie więcej gazu niż obecnie.
Pekin tymczasem przesadnie się nie śpieszy, proponując ceny gazu… o połowę niższe niż w Europie. Według dziennika „Kommiersant”, Gazprom za 1000 m sześc. gazu żąda od Chin 220 USD, podczas gdy obecnie tę samą ilość surowca Moskwa sprzedaje w Europie za 308 USD. Pekin za 1000 m sześc. oferuje jej tylko 150 USD. Na dodatek, „przypadkowo”, w trakcie wizyty uruchomiono tłocznię zbudowanego w 2009 r. gazowego rurociągu Azja Centralna – Chiny, który w związku z tym, że przechodzi przez Uzbekistan i Kazachstan, daje Chinom dostęp do złóż w Turkmenistanie. Budując go za własne pieniądze, Pekin zakontraktował 40 mld m3. gazu rocznie, łamiąc tym samym energetyczny monopol Rosji w tych krajach. Od tej pory mogą one ją omijać i zwracać się do Pekinu. Rosja, nie mając innego wyjścia, w grudniu 2009 r. oficjalnie poparła ten projekt.
Kolejny problem to spychanie Moskwy na pozycję dostawcy surowcowego Chin. Rosjanie pragnęliby przyciągnąć chińskie technologie, know-how i inwestycje, także spoza branży energetycznej. W Federacji Rosyjskiej istnieją zaledwie trzy chińskie parki przemysłowe, a fachowcy zgodnie oceniają, iż potencjalnie mogłoby ich być kilkaset. Jednak powiązane z państwem chińskie koncerny, które w ostatnich miesiącach rozpoczęły prawdziwą światową ofensywę inwestycyjną i rozrzucają miliardy dolarów od Afryki, po Amerykę Łacińską, a ostatnio nawet Grecję, najwyraźniej nie palą się do inwestowania w Rosji. Z tej perspektywy szokiem dla Moskwy musiało być poparcie, jakiego Pekin udzielił krnąbrnemu Łukaszence, podpisując latem tego roku kontrakty na 9 mld USD i przyznając mu kolejne 5 mld pożyczki, m.in. na spłatę rosyjskiego zadłużenia (Rosja liczyła, iż Łukaszenka ten dług spłaci, oddając Moskwie kilka państwowych zakładów).
Demograficzny atut
Obawy przed „żółtym niebezpieczeństwem” są w Rosji obecne już od wielu lat. I co gorsza, Rosjanie nie są optymistami. W 2009 r. w sondażu Rosyjskiego Instytutu Badań na pytanie, który kraj odgrywa w dzisiejszym świecie istotniejszą rolę, 57 proc. respondentów wskazało na Rosję, a 33 proc. na Chiny. Jednak na pytanie, które państwo rozwija się szybciej i efektywniej, aż 76 proc. badanych Rosjan wskazało Chiny, a tylko 24 proc. Rosję.
Wszystko to w sytuacji wyludniania się rosyjskiego Dalekiego Wschodu, gdzie mieszka zaledwie 6,7 miliona Rosjan, a więc o 14 proc. mniej niż w latach 80. Według prognoz do 2015 r. znikną kolejne 2 miliony. W 2050 r. populacja Rosji ma się skurczyć do 100 milionów.
Tymczasem po drugiej stronie granicy trzy chińskie prowincje na północ od Wielkiego Muru (tzw. Mandżuria Wewnętrzna) zamieszkuje 100 milionów Chińczyków (ponad 60-krotnie większa gęstość zaludnienia). W dodatku, jak twierdzą niektórzy analitycy, powołując się na informacje z kręgów bliskich chińskim elitom władzy, chińscy przywódcy, w tym sam Hu Jintao, nie pogodzili się z utratą tych terytoriów i nie wyobrażają sobie przyszłych Wielkich Chin bez Mandżurii Zewnętrznej. Na sytuację geopolityczną nakłada się powolne przenikanie Chińczyków przez granicę, którzy – głównie w Chabarowsku, Usyryjsku i Władywostoku – podejmują pracę, której nie chcą wykonywać Rosjanie (mimo wysokiego bezrobocia), niejednokrotnie dochodząc do fortuny. Zaczynają od drobnego handlu straganowego, stopniowo przejmując firmy, nieruchomości. Wobec ich przedsiębiorczości Rosjanie są bezradni, podobnie zresztą jak wiele innych narodów, zwłaszcza Azji Południowo-Wschodniej, które nazywają Chińczyków „Żydami Azji”.
Władimir Putin ostrzega: jeśli nie poczynimy praktycznych kroków, by rozwijać Daleki Wschód, w ciągu kilku dekad zamieszkujący te terytoria Rosjanie będą mówić po chińsku. Nie są to czcze ostrzeżenia.
Polski rozdział
Po tragicznej śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego wydaje się mało prawdopodobne, by w przyszłości Polska próbowała budować neojagiellońską politykę zagraniczną na Wschodzie. Zwłaszcza że musiałoby się to odbyć już w innych realiach wymagających uwzględnienia kolejnego potężnego gracza na terenach dawnej Rzeczypospolitej – Białorusi. Gracza, z którym sama Rosja zaczyna mieć poważne kłopoty.
Polska jest dużym krajem europejskim i choć nie gramy w tej samej lidze, co światowe mocarstwa, takie jak Chiny, Rosja, a ostatnio także Indie czy Brazylia (nawet w Unii odgrywamy niewielką rolę), to stosunkom chińsko-rosyjskim i samym Chinom powinniśmy się bardzo uważnie przyglądać. Pekin choćby poprzez swoją politykę energetyczną ma olbrzymi wpływ na naszego wschodniego sąsiada i wszystko wskazuje na to, że będzie on wzrastał. Ostatnie posunięcia Państwa Środka i zakończona porażką wizyta prezydenta Miedwiediewa pokazują, iż strategiczne partnerstwo rosyjsko-chińskie, zaprojektowane w czasach amerykańskiej hegemonii, kiedy obaj partnerzy mieli równy status, może nie wytrzymać próby czasu, a Rosja może zostać sprowadzona do roli słabszego partnera i dostawcy surowców.
Długoterminowo przyszłość stosunków rosyjsko-chińskich ma kapitalne znaczenie dla relacji Rosji z Europą i Polską. Dlatego niepokojący może być fakt, iż dominujące w polskiej debacie publicznej komentarze dotyczące Rosji często w ogóle tego nie zauważają, pomijając czynnik chiński, same zaś Chiny traktują pobłażliwie – albo jako egzotyczną ciekawostkę, albo jako wytwórcę taniego towaru, zapominając, iż jest to już globalne mocarstwo numer dwa, z wielkimi ambicjami odbudowania dawnej potęgi i stania się na powrót Państwem Środka. Odprawienie z pustymi rękoma deklarującego przyjaźń prezydenta Rosji dobitnie pokazuje, że wpływ Chin na świat XXI wieku, a zatem i Polskę, będzie ogromny. Jeśli mamy ambicję być czymś więcej niż dużym krajem marginalizowanym w globalnej rywalizacji Unii Europejskiej, musimy ten fakt dostrzec i w najbliższych latach aktywnie na niego zareagować. Jeśli tego nie zrobimy, pozostanie nam cierpliwie czekać na to, co Chiny zrobią z nami.
Autor jest prezesem Centrum Studiów Polska – Azja. Spędził w Chinach pięć lat.

Reklamy

Posted on 3 października 2010, in Społeczeństwo/polityka. Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: