Smoleńsk. Historia amatorskiego wideo

Miniony tydzień upłynął pod znakiem dramatycznych doniesień na temat katastrofy smoleńskiej. Najpierw katolicki ksiądz odnalazł na miejscu tragedii szczątki zwłok ofiar. Przy okazji wyszło na jaw, że wrak samolotu wciąż jest niezabezpieczony. Światło dzienne ujrzały również sensacyjne zeznania kontrolerów lotu, które wskazują na to, że piloci zostali wprowadzeni w błąd.

„Najwyższy CZAS!” dotarł również do informacji kwestionujących wiarygodność najważniejszych dla sprawy świadków. Im dłużej trwa śledztwo w sprawie smoleńskiej katastrofy, tym mniej wiemy. Kilkadziesiąt minut po katastrofie w pobliżu lotniska Siewiernyj na popularnym internetowym serwisie z krótkimi filmami znalazło się nagranie wykonane telefonem komórkowym przez nieznanego autora. Niewyraźne kadry pokazywały wrak płonącego samolotu, a obok niewyraźne ruchy. Słychać było również kilka głośnych huków i urywane słowa rozmowy. Kolejne głosy zostały zagłuszone dźwiękiem syren alarmowych. Na niewyraźnych kadrach widać także poruszające się postacie. Później film się kończy.

W pogoni za nagraniem

Pierwsze nagranie zniknęło z Sieci jeszcze 10 kwietnia. Dlaczego tak się stało – nie wiadomo. Na szczęście wcześniej informacja o filmie rozeszła się szerokim echem i wielu internautów ściągnęło nagranie na twarde dyski. Dzięki nim film po kilku godzinach pojawił się znowu. Użytkownicy Sieci zaczęli pocztą pantoflową wymieniać się linkami do filmu. Nagranie, choć jeszcze kilka razy było blokowane, ostatecznie rozeszło się po internecie. Wieczorem w dzień tragedii w Sieci zaczęły pojawiać się pierwsze analizy wykonywane domowymi metodami przez amatorów. Wszyscy byli zgodni w dwóch kwestiach: po pierwsze – na miejscu widać poruszające się postaci ubrane w czerwone kurtki, które w ostatnim fragmencie nagrania uciekają z miejsca wypadku; po drugie – słychać kilka tajemniczych huków przypominających odgłosy wystrzałów.

Jednymi z pierwszych, którzy zabezpieczyli nagranie na twardym dysku, byli technicy FBI – amerykańskiej policji zajmującej się zwalczaniem zorganizowanej przestępczości. Jak ustaliliśmy, kilkanaście sekund po zamieszczeniu w sieci pierwszego nagrania jego autor wysłał e-maila na adresy FBI, które znalazł w internecie. Do maila załączył link do wykonanego przez siebie filmu. W ten sposób kilkadziesiąt minut po katastrofie pracownicy FBI weszli w posiadanie najbardziej oryginalnego nagrania. Specjalna obróbka 12 kwietnia 2010 roku nagranie ze Smoleńska trafiło do Quantico, gdzie mieści się jedno z najlepiej wyposażonych laboratoriów kryminalistycznych na świecie (wykonuje się tam ekspertyzy na polecenie FBI). Tam poddane zostało specjalistycznemu badaniu fonoskopijnemu. Dzięki zastosowaniu dekonwolucji (matematycznej operacji umożliwiającej rozdzielanie połączonych sygnałów), specjalistycznych filtrów dźwiękowych i skomplikowanego systemu algorytmów po wielu tygodniach żmudnych badań udało się wyodrębnić kilka ścieżek dźwiękowych. W ten sposób w połowie lipca technicy FBI oddzielili wszystkie głosy i odczytali treść rozmów nieznanych osób, które znalazły się na miejscu tuż po upadku tupolewa.

Równolegle ściągnięty z internetu zapis nagrania trafił do techników wykonujących zlecenia Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Agencji Wywiadu. W lipcu opracowali oni wstępną wersję zapisu filmu, która pokrywa się z tym, co odczytali specjaliści z FBI. Ekspertyzy zajęły wiele tygodni, ponieważ technicy nie poprzestali na odczytaniu nagrań głosowych. Poddali specjalistycznej obróbce i powiększeniu każdą z ponad 1200 klatek filmu. Dzięki temu zobaczyli, że w 37. sekundzie widać, jak spod wraku samolotu wyczołguje się mężczyzna ubrany w jasny garnitur. Niestety nie wiadomo, co działo się z nim dalej, ponieważ autor filmu nie zarejestrował tego. W tej chwili skierował bowiem kamerę w inne miejsce. W 43. sekundzie w pobliżu kół samolotu widać również mężczyznę, który najpierw podnosi ręce do góry, a potem nagle przewraca się na ziemię. Nie wiadomo, czy wstał, bo chwilę później nagranie pokazało inne miejsce.

„Nie dobijajcie nas”

Technicy zidentyfikowali siedem głosów. Pierwszy należał do autora filmu (rozpoznano to po tym, że słowa były wypowiadane z najbliższej odległości i inaczej zarejestrowała je kamera). W filmie słychać ponadto trzy różne męskie głosy i jeden kobiecy. Wszyscy mówią po rosyjsku. Dodatkowo słychać dwa inne głosy po polsku. Pierwszy, męski, to jęk: „O Boże, co to jest?!” (28. sekunda). W 50. sekundzie słychać też kobiecy głos po polsku „Nie zabijajcie nas!”. W 31. sekundzie męski głos wydaje polecenie: ubijat’ (ros. „zabijać”). W 43. sekundzie ten sam męski głos mówi: Krugom, dawaj, krugom, on uchodit!, co po rosyjsku oznacza: „okrążaj go, okrążaj, on ucieka”. Na filmie dwukrotnie zarejestrowany jest inny męski głos, wypowiadający słowo palieg, co może oznaczać: „poległ” lub „został zabity”. W 46. sekundzie jeden z mężczyzn zaczyna krzyczeć: dawaj, riebiata, chuja, co po rosyjsku oznacza: „dawaj, zabijamy ch***a”.

Kłamstwa głównego świadka

Kilka dni po tym, jak tajemnicze nagranie trafiło do internetu, strona rosyjska ogłosiła publicznie, że zidentyfikowano autora filmu. Miał to być 30-letni Władimir Iwanow – mechanik samochodowy z warsztatu w pobliżu lotniska Siewiernyj. Iwanow ochoczo opowiadał dziennikarzom o tym, że feralnego dnia był w pobliżu, w swoim warsztacie i gdy zobaczył, że samolot upada na ziemię, natychmiast pobiegł na miejsce katastrofy. Szczęściem miał przy sobie telefon komórkowy i wszystko nagrał. Według Iwanowa, w odgłosach wystrzałów nie ma nic dziwnego. Jego zdaniem, wybuchała amunicja funkcjonariuszy BOR, którzy towarzyszyli prezydentowi Kaczyńskiemu. – Byłem w wojsku i znam się na tym – mówił prokuratorom i dziennikarzom Iwanow. – To na pewno wybuchała amunicja. Wersja Iwanowa ma same słabe punkty. Przy zwłokach wszystkich oficerów BOR, którzy zginęli, znaleziono pistolety i pełne magazynki amunicji. Ani jeden pocisk nie wybuchł od ognia. Broń służbowa BORowców i ich amunicja zostały zabezpieczone przez Rosjan i do dziś nie wróciły do Polski. BOR nie chciał sprawy komentować, zasłaniając się tajemnicą.

Władimir Iwanow mylił się jeszcze co najmniej dwa razy. Telefon komórkowy, który, jak zeznał, miał przy sobie tamtego dnia, nie ma funkcji nagrywania. Co więcej – precyzyjna analiza filmu wykazała, że nagranie wykonane było z wysokości ok. 160 cm nad ziemią. Jeśli więc Władimir Iwanow (który ma ponad 190 cm wzrostu) byłby faktycznym autorem filmu, musiałby nakręcić go, trzymając aparat niemal na wysokości brzucha. Postać Władimira Iwanowa ma jeszcze wiele innych tajemnic. Warsztat, w którym pracuje, znajduje się ponad pół kilometra od miejsca katastrofy. Autor filmu był na miejscu kilka sekund po upadku samolotu, jeszcze przed włączeniem syren alarmowych (a te włączono niecałą minutę po katastrofie). Jeśli przyjąć wersję Iwanowa, trzeba byłoby uznać, że pół kilometra przebiegł w ciągu niecałej minuty. – Ten człowiek przypomina starego Rosjanina z Katynia, który w 1943 roku zeznawał przed Międzynarodowym Czerwonym Krzyżem, że widział, jak do polskich jeńców strzelali żołnierze niemieccy – mówi oficer polskich służb, który brał udział w śledztwie. – Jego zeznania są całkowicie niewiarygodne.

Zaskakująca wersja

Gdy tajemniczy film przedostał się do opinii publicznej, rosyjska prokuratura postawiła jeszcze jedną hipotezę dotyczącą źródła huków. Według niej, wybuchać miały butle ciśnieniowe znajdujące się na pokładzie Tu-154. W tę wersję nie wierzy pirotechnik BOR, ekspert z dziedziny materiałów wybuchowych (rozmawialiśmy z nim wielokrotnie na temat katastrofy). – Huk od wybuchu butli byłby znacznie głośniejszy niż to, co słyszeliśmy na tym fi lmie. Byłoby też prawdopodobnie widać ślady eksplozji – uważa. Wersja wzięła w łeb, gdy okazało się, że na pokładzie prezydenckiego tupolewa znaleziono całe butle ciśnieniowe. Precyzyjna analiza filmu wykazała, że nagranie zarejestrowało dziewięć dziwnych wybuchów, z czego pierwsze trzy były cichsze. – Moim zdaniem, to były strzały z broni z tłumikiem, a później z broni bez tłumika – mówi cytowany wyżej ekspert BOR.

Słowa naszego rozmówcy potwierdza jeszcze inny, bardzo ważny fakt. Otóż technicy i dochodzeniowcy, którzy pracowali na miejscu katastrofy, zabezpieczyli wszystkie przedmioty pozostałe z ocalałego samolotu. Wśród nich były właśnie… butle tlenowe. Nie nosiły najmniejszych śladów uszkodzeń. A przecież trudno przyjąć, żeby butle, które miały wybuchnąć, mogły po kilku godzinach wyglądać na nieuszkodzone.

Wszystko wskazuje na to, że tajemniczy film pomoże odtworzyć to, co działo się w pobliżu lotniska Siewiernyj tuż po katastrofie. Czy będzie to przełom w śledztwie? – To nagranie zostanie przez nas przebadane. Nie możemy zbagatelizować tego filmu – zapewniał niedawno pułkownik Jerzy Artymiak z Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Wkrótce potem polska prokuratura wystąpiła do strony rosyjskiej o pomoc w odnalezieniu autora filmu. I w ten sposób odnalazł się drugi człowiek.

Kłamstwa drugiego świadka

Drugi rzekomy autor filmu nazywa się Władimir Safonienko i również jest mechanikiem samochodowym pracującym w pobliżu lotniska Siewiernyj. Według jego zeznań (zostały opublikowane), feralnego dnia przechadzał się obok lotniska i gdy zobaczył spadający samolot, natychmiast pobiegł na miejsce i zaczął wszystko filmować. Pytany o tajemnicze odgłosy Safonienko stwierdził najpierw, że wybuchały butle tlenowe. Później powiedział, że istnieje jeszcze jedna możliwość: oto na miejscu znaleźli się żołnierze OMON-u i zaczęli strzelać w powietrze, aby odstraszyć gapiów. Tej wersji przeczy fakt, że strzały mają różny pogłos (pierwsze trzy są bardziej ciche, jakby używano tłumików). Trudno więc uznać, że funkcjonariusze OMON-u przez przypadek znaleźli się na miejscu zaraz po upadku tupolewa i zabrali ze sobą tłumiki. Władimir Safonienko wypowiadał się chętnie dla mediów. Udzielił wywiadu m.in. dziennikarzom telewizji TVN. To o tyle zaskakujące, że dwaj kontrolerzy z wieży w Smoleńsku: Wiktor Ryżenko i Paweł Pliusnin – konsekwentnie odmawiają rozmów z prasą. Gdy tylko ukazał się pierwszy wywiad Władimira Safonienki, technicy porównali jego głos z głosem zarejestrowanym na filmie dostępnym w internecie. Okazało się, że są to dwa różne głosy. Wskazuje to, że również Władimir Safonienko kłamie.

Jeśli tak jest, oznacza to, że wciąż nie jest znany faktyczny autor filmu ze Smoleńska. A to z kolei oznacza, że wciąż nie przesłuchano osoby, która widziała, co działo się w pierwszych sekundach po upadku samolotu. Im dłużej trwa to śledztwo, tym więcej jest znaków zapytania, a mniej zweryfikowanych informacji pozwalających poznać prawdę.

 

Leszek Szymowski »
Reklamy

Posted on 9 października 2010, in Historia, Społeczeństwo/polityka. Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: