Die Glocke – 4

Die Glocke – 4

Opublikowano: 11.11.2010 | Kategorie: Historia, Nauka

Nad Die Glocke pracowano w wielu miejscach i laboratoriach. Najważniejsze z nich znajdowały się w Środzie Śląskiej i w Lubiążu i działały pod przykrywką fabryki urządzeń radiowych. Zaplecze techniczne projektowi zapewniały firma A.E.G i Siemens. Do prac nad Die Glocke używano także tajnego podziemnego laboratorium niedaleko zamku w Książu a także w udającym kopalnię węgla laboratorium w Wałbrzychu. To tam przeprowadzano pierwsze testy Dzwonu.

Kopalnię węgla udawało także laboratorium w Ludwikowicach, które zbudowane w ustronnej dolinie nie wzbudzało sobą większego zainteresowania. Cały teren pod Ludwikowicami jest pocięty siecią tuneli i bunkrów a jego centralną część zajmuje niezwykła betonowa konstrukcja, przypominająca wieżę lub platformę, gdzie przeprowadzano zaawansowane próby nad wynalazkiem. Platforma stała w czymś w rodzaju basenu a dookoła niej ustawione były miejsca z których pobierano prąd. Niemiecki historyk – Rainer Karlsch – w swojej książce na temat nazistowskiego programu nuklearnego, wspomina m. in. o fizykach z uniwersytetu w Gissen, pracujących w Ludwikowicach. Później okazało się, że ściany platformy wykazują ślady bombardowania neutronami przez bliżej nieznane lecz niezwykle potężne urządzenie. Oznacza to, że Dzwon nie tylko wymagał solidnych, betonowych budowli aby móc go kontrolować, ale także jego działanie wyzwalało silne promieniowanie.

Początki Die Glocke sięgają 1942 r. a jego pierwsza nazwa to „Tor” czyli „Wrota”. Po roku jednak cały projekt podzielono na dwie części, które nazwano „Chronos” i „Laternenträger”. Nazwa Chronos sugeruje czas, który w połączeniu ze słowem Wrota daje pojęcie na temat tego, do czego zmierzali twórcy pomysłu. Laternenträger z kolei – w sensie dosłownym – dotyczy przenoszenia światła. Tak np. nazywano człowieka, który zapalał latarnie gazowe na ulicach jeszcze przed erą elektryczności. Igor Witkowski idzie w interpretacji tej nazwy jeszcze dalej i porównuje Laternträgera – czyli przenoszącego światło – do … Lucyfera, którego nazwa również oznacza przenoszącego światło.

Większość naukowców pracująca przy projekcie Laternträger została rozstrzelana przez SS pod koniec wojny a całą instalację ewakuowano 6-silnikowym Junkersem-390. W kwietniu 1945 r. do użytku nadawała się zaledwie jedna taka maszyna. Stacjonowała ona na lotnisku w Pradze, skąd samolot odbył lot do Opola, gdzie czekał na niego spakowany sprzęt z Ludwikowic. Po załadowaniu samolotu, wystartował on w stronę lotniska Bodo w Norwegii i od tamtej pory słuch po nim zaginął. W Bodo kontrolę nad ładunkiem przejął inny wysokiej rangi generał SS – Hans Kammler, który miał rzekomo zginąć w Czechosłowacji. Wiele wskazuje ze tak się nie stało i niektórzy podejrzewają, że generał aby uratować siebie przed sądem w Norymberdze, przekazał cały ładunek samolotu Amerykanom (taką hipotezę serio bierze pod uwagę Witkowski). Ju-390 – był w stanie bez problemu dolecieć do Ameryki, co udowodnił wiele razy w ciągu wojny. Inną możliwością jest lot tego samolotu bezpośrednio do Argentyny. Mimo olbrzymiego dystansu było to możliwe bo, Ju-390 wyposażony był w urządzenie pozwalające mu tankować paliwo podczas lotu wprost z latającej cysterny. Takie myślenie ma sens kiedy połączyć z tym fakt, że prezydent Argentyny – Juan Peron – zbudował tuż po wojnie nowoczesne laboratorium przystosowane do badań nad plazmą i wysokim napięciem w Bariloche.

Za tą wersją optuje Geoffrey Brooks w swojej książce „Hitler’s Terror Weapon”. Uważa on , że projekt dzwon był dla Niemców najważniejszy ze wszystkich, dlatego był on pod specjalną opieką aby nie dostał się w niepowołane ręce. Brooks zgadza się natomiast z inną hipotezą, że w interes z Amerykanami ubił Martin Bormann, który w zamian za wolność i anonimowość poddał niemiecki okręt podwodny U-234, na którego pokładzie znajdowały się wszystkie komponenty niezbędne do zbudowania bomby atomowej, łącznie z 8 beczkami uzdatnionego i gotowego do wykorzystania w broni nuklearnej uranu. Co ciekawe – ten supertajny ładunek mimo, że został przyjęty w amerykańskim porcie Portsmouth w New Hempshire – nigdy nie został wpisany do jakiejkolwiek ewidencji.

Co do tajemniczego Junkersa, to jeden z argentyńskich dziennikarzy, który wolał zachować anonimowość przyznał, że na własne oczy widział dokumenty stwierdzające fakt lądowania niemieckiego bombowca na lotnisku Gualeguay w prowincji Entre Rios. Jeśli byłaby to prawda to oznacza to, że Niemcy nigdy nie zaprzestali prac na projektem i kontunuowali je także po wojnie. Głównym dowodem na to, że Amerykanie nigdy nie przejęli Dzwonu jest napęd rakiet wynoszący amerykańskie satelity w przestrzeń kosmiczną. Jest on stale ten sam od czasów Wernhera von Brauna, co oznacza, że napęd uzyskiwany dzięki Die Glocke nigdy nie został przez Amerykanów przejęty i zastosowany w praktyce. Można się więc zastanawiać komu dziś bije Dzwon…

Autor: Chris Miekina
Źródło: Nowa Atlantyda

Reklamy

Posted on 11 listopada 2010, in Historia. Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: