Prowincja, czyli Polska

Aby polska kultura mogła się odrodzić, musimy wrócić na wieś. Jeżeli nie dosłownie, to mentalnie, zrzucając z siebie piętno mediów i groteskowych ideologii XXI wieku.
„Nasz Dziennik” 24-26 grudnia 2011

Jedną z cech charakterystycznych młodych Polaków są głębokie kompleksy wobec wsi. Ci z dużych miast posługują się anglojęzyczną nowomową, która jest odzwierciedleniem ich kosmopolitycznego stylu życia: clubbing, single, lunch, emo, hipster… Rówieśnicy z prowincji próbują do nich dołączyć, wynajmując mieszkania w Warszawie albo uczestnicząc w medialnych castingach. Podobnie scentralizowana jest oficjalna kultura, oparta na bezwartościowych i przemijających modach. Także strategia gospodarcza, realizowana przez obecną władzę, sprowadza się do inwestowania w metropolie, nazywane „lokomotywami rozwoju”. Tymczasem bez prowincji niemożliwe jest trwanie polskiej duszy, bo właśnie tam od wieków rodzą się nasze wspólnotowe wartości: wiara w Boga, zdrowy rozsądek i instynkt wolności.

Od dumy do kompleksów

W 1996 r. Jacek Knopp i Krzysztof Koehler zrealizowali ciekawy, trzyczęściowy dokument telewizyjny „Sarmacja, czyli Polska”. Ukazali w nim polskiego szlachcica z XVI i XVII w. w świetle trzech najważniejszych dla niego spraw: głębokiej wiary, swobody politycznej i domu rodzinnego. Ponieważ nasz pradziad czuł się chroniony przez Boga, Maryję i wszystkich świętych, zazwyczaj nie bał się śmierci. Zamiast budować twierdze obronne, fundował swojej rodzinie dwór szlachecki wyposażony w szerokie drzwi, żeby mogły do niego wejść jednocześnie dwie osoby. Sarmacka architektura służyła ludziom serdecznym, którzy prowadząc gościa do sieni, nie zamierzali rezygnować z poklepywania go po plecach. Znamienne, że jeśli dwór się rozrastał, to nigdy wzwyż, a zawsze wszerz, żeby pomieścić cały lud odkupiony.

Ta mistyka zaścianka przez setki lat budowała naszą narodową tożsamość. Fascynuje w Mickiewiczowskim „Panu Tadeuszu”, o którym Paweł Hertz powiedział, że zamyka w sobie „całe doświadczenie człowieka mówiącego po polsku i wychowanego w kręgu kultury polskiej” oraz że jest arcydziełem porównywalnym z „Boską Komedią”, „Iliadą”, „Odyseją” i „Eneidą”. Zadziwia i wzrusza w powieści Floriana Czarnyszewicza „Nadberezyńcy”, ukazującej czas kształtowania się granic II Rzeczypospolitej z perspektywy szlachty zagrodowej z najdalszych wschodnich Kresów.

Jeszcze przed wybuchem II wojny światowej prowincja była matecznikiem narodowej kultury. „Polska to obwarzanek: Kresy urodzajne, centrum – nic” – mawiał Marszałek Józef Piłsudski. Po zachłyśnięciu się wielkomiejską przestrzenią przez skamandrytów czy futurystów, w latach 30. XX w. centrum polskiej poezji przesunęło się z Warszawy w okolice Wilna i Lublina. W Równem powstała grupa poetycka „Wołyń”. Wiejskie krajobrazy inspirowały Józefa Czechowicza, Józefa Łobodowskiego, Wacława Iwaniuka. „Być prowincjuszem – znaczyło po prostu być kimś, być sobą” – wspominała po latach Anna Kamieńska.

Kompleksy związane z prowincją po raz pierwszy pojawiły się w PRL, która scentralizowała kulturę i uruchomiła mechanizmy „awansu społecznego”. To wtedy zaczęły robić karierę docinki o słomie, która „z butów wyłazi”. Mieszkańcy prowincji, umieszczeni w upokarzającej rzeczywistości pegeerów, utracili godność i dumę. Przekonanie, że są kimś gorszym od mieszkańców miast, przeniosło się z rodziców na dzieci i w wielu domach trwa do dzisiaj.

Mądrość natury

A przecież życie na prowincji, w zgodzie z porządkiem natury, wciąż ma większy potencjał duchowy i cywilizacyjny niż wegetacja w sztucznych rajach mediów, centrów handlowych i modnych klubów. Zwłaszcza dzisiaj, w epoce agresywnych ideologii, ukazujących jako normalne zjawiska aborcję, homoseksualizm mądrość natury może być dla człowieka trwałym punktem oparcia. Dostosowując się do niezmiennych praw rządzących przyrodą i gospodarstwem, widzi on siebie jako część stworzenia, codziennie uczy się egzystencjalnej pokory. Jak pisze ks. Jan Twardowski w wierszu „Na wsi”: „Tu Pan Bóg jest na serio pewny i prawdziwy/ bo tutaj wiedzą kiedy kury karmić/ jak krowę doić żeby nie kopnęła/ jak starannie ustawić drabinkę do siana/ jak odróżnić liść klonu od liścia jaworu/ tak podobne do siebie lecz różne od spodu/ a liści nie zrozumiesz ani nie odmienisz”.

Cała ta wiedza wyznaczana jest przez doświadczenie, a nie medialne autorytety. Nie sposób z nią dyskutować, chyba że chce się zostać kopniętym przez krowę czy spaść z drabiny. Mieszkaniec wsi, jeśli nie został uwiedziony przez media, wyciąga wnioski z rzeczywistości. Łatwiej mu szanować świętość życia, bo każdej wiosny podziwia misterium stworzenia, czy wspólnotową tradycję, bo wie, że „zły to ptak, co własne gniazdo kala”. Ideologia „nowego wspaniałego świata”, z jej praktyką formatowania żywności, opinii i wolnego czasu, nie ma nad nim władzy. Słusznie powiada Jarosław Marek Rymkiewicz: „Kto kupuje kartofle i brukselkę na milanowskim targu u pani Basi (która myśli dokładnie tak jak ja), ma więcej niepodległości niż ktoś taki, kto biega po warszawskich galeriach handlowych”. Świadomych mieszkańców Polski prowincjonalnej łączy doświadczenie wolności, która pozwala myśleć i żyć po polsku. Twardo stąpać po ziemi, a jednocześnie mieć poczucie uczestnictwa w sztafecie pokoleń. Zachowywać się normalnie. Cieszyć się z narodzin dziecka, przyzwoitego utargu albo pięknej pogody. Płakać wobec tragedii. Poszukiwać prawdy o świecie, a nie medialnego efektu.

Miniatura kosmosu

Żeby w pełni zrozumieć fenomen prowincji, trzeba przywołać prace Mircei Eliadego o religijności w kulturach pierwotnych. Rumuński historyk religii twierdzi, że podstawową potrzebą człowieka religijnego jest ustanowienie duchowego, ale i topograficznego centrum, odpowiadające stworzeniu świata przez Boga: „Istnieje więc przestrzeń święta, to znaczy „naładowana energią”, brzemienna w znaczenia, istnieją też inne obszary przestrzeni, które nie są święte, a w rezultacie nie mają struktury i trwałości, obszary „amorficzne””. Wszystko, co nie mieści się w tej świętej przestrzeni, w ogóle nie jest światem albo inaczej: jest światem iluzorycznym, bo nie zostało na nowo „stworzone”. Tak pojmowali rzeczywistość hiszpańscy i portugalscy konkwistadorzy, którzy po przybyciu na nową ziemię natychmiast starali się ją uświęcić przez postawienie krzyża. Jak bardzo taka postawa kłóci się z dzisiejszym kosmopolityzmem, którego symbolem jest lotnisko – przestrzeń programowo neutralna, nieoznaczona, sprzyjająca przygodności.

„Wystarczy pomyśleć tylko o tym – pisze dalej Eliade – czym dla współczesnego, niereligijnego człowieka stały się miasto i dom, natura, narzędzia i praca, by w okamgnieniu zrozumieć, co odróżnia go od człowieka społeczności archaicznych, ale również od chłopa żyjącego w chrześcijańskiej Europie. Dla świadomości nowożytnej akt fizjologiczny – odżywianie się, seksualność itd. – to tylko jakieś zjawisko organiczne, niezależnie od tego, jak wiele tabu może się z tym jeszcze dzisiaj wiązać. (…) Dla człowieka „pierwotnego” taki akt nigdy jednak nie jest tylko fizjologiczny; jest on – lub stanie się – „sakramentem” – aktem nawiązania więzi z tym, co święte”.

Mieszkańcy wielkich miast, gnieżdżący się dziś w funkcjonalnych „maszynach do mieszkania” (jak określał współczesne budynki Le Corbusier), zapominają, że dom nie jest lodówką czy samochodem, które można zmieniać kilka razy w życiu, ale obrazem uniwersum, zbudowanym w relacji z najwyższym aktem stworzenia. Podobnie najbliższa okolica to nie przypadkowa przestrzeń, lecz miniatura kosmosu pozwalająca orientować się w świecie, pomagająca rozpoznać, co święte, a co zwyczajne, co dobre, a co złe, co mądre, a co głupie.

Starzec z Korycji

Aby polska kultura mogła się odrodzić, musimy wrócić na wieś. Jeżeli nie dosłownie, to mentalnie, zrzucając z siebie piętno mediów i groteskowych ideologii XXI wieku. Poza wszystkim innym życie na prowincji ma jeden podstawowy walor: przynosi ukojenie nawet wtedy, gdy nie wiąże się z wysokimi zarobkami. W „Georgikach” Wergiliusz pisze: „Przecież pamiętam: w cieniu wież twierdzy Ebalii,/ Tam, gdzie ciemny Galezus wilży płowe pola,/ Widziałem kiedyś starca z Korycji. Wzgardzonej/ Posiadł kilka mórg ziemi, niezdatnej pod orkę/ Ni pod winnicę, ani do pasienia owiec./ Pośród cierni zasadził gdzieniegdzie warzywa,/ A wokół nich werwenę, białe lilie, maki,/ I w sercu był bogaty jak król” (przełożył Zygmunt Kubiak).

Autor:

http://wojciechwencel.blogspot.com/2011/12/prowincja-czyli-polska.html

Advertisements

Posted on 15 stycznia 2012, in Społeczeństwo/polityka. Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: