Chodakiewicz: Ograniczenie prawa do posiadania broni? Po moim trupie!

Marek Jan Chodakiewicz

Byłem w drodze do Nowego Jorku na żebry z moją czterolatką, gdy w Newtown w stanie Connecticut psychopata zastrzelił własną matkę, a potem wpadł do miejscowej szkoły podstawowej – Sandy Hook Elementary School – i wymordował dwadzieścioro dzieci i sześciu dorosłych – nauczycieli. Na końcu popełnił samobójstwo. Eksterminował maluśkie dzieci! Ogrom Zła powala na kolana.

C.S. Lewis napisał, że najlepszą sztuczką diabła jest to, że nas przekonał, iż nie istnieje. A tutaj w Newtown Zło objawiło się w całej swojej ohydzie, tak jak to robi Ono od zawsze, cyklicznie, od praczasów – na masową skalę, jak w przypadku Hołodomoru czy Holokaustu, bądź w postaci indywidualnych wyczynów, np. zbrodni seryjnych morderców, takich jak Zodiac Killer czy the Son of Sam. Rzeź w Sandy Hook utwardza mnie zewnętrznie swoim przeokropieństwem, ale jednocześnie wykręca mi żołądek, gdyż mam tendencję do internalizowania stresu. Moja malutka córeczka powoduje, że wszystkie te uczucia się potęgują się, stają się jeszcze bardziej rzeczywiste. Człowiek odruchowo chce zrobić coś – cokolwiek – aby obronić niewinne dzieciaki.

Proszę sobie wyobrazić: gdyby tylko nauczycielki w Sandy Hook były uzbrojone. Zamiast ochraniać dzieci swoimi własnymi ciałami – co nie przydało się na wiele – mogłyby się obronić, przeciwstawiając Złu siłę: serię ze swoich Glock 19 czy Ruger LCPs. W sam raz dla pań. Niestety były nieuzbrojone. Morderca z całkowitą bezkarnością wyrżnął je i dzieciaki znajdujące się pod ich opieką.

Powinienem być już przyzwyczajony do mordów, bowiem – oprócz mojego polskiego doświadczenia – badam śmierć zawodowo. W naszym seminarium o ludobójstwie i jego zapobieganiu zajmujemy się megamordami. Nie tylko rozważamy suche i prawne aspekty zbrodni, ale również rozkładamy na czynniki pierwsze sam mechanizm mordowania. Przyglądamy się masowym mordom i pojedynczym zabójstwom. Większość megamordów popełnia państwo. Po prostu państwo jest największym mordercą na świecie. Pisze o tym jednoznacznie R. J. Rommel w pracy „Death by Government” (Transactions Publishers). Co więcej, państwo (władza) zwykle zabija swoich własnych obywateli, a nie cudzoziemców. XX wiek tego nas nauczył dobitnie, a komuniści wiedli prym.

Zdobywanie władzy wymaga kontroli. Państwo uzurpuje sobie monopol na przemoc. Rozbraja obywateli. A potem ich morduje. A przynajmniej może to zrobić, bo ludzie są bezbronni. Zapobieganie mordom polega na antycypacji. W naszych analizach zawsze jedna rzecz rzuca się w oczy: ofiary były bezradne, bowiem były bezbronne, to jest nie miały broni. Były nieprzygotowane; były niezorganizowane. Zwykle nie rozumiały – czy nie chciały rozumieć – jaki los je czeka. Po powrocie z wyprawy poszedłem do dyrektorki przedszkola mojej Helenki. Dyrektorka pochodzi z Pakistanu. Była przerażona tragedią w Sandy Hook. Stwierdziła, że nawet u niej w starym kraju czegoś takiego nie ma. Przesadza. Dzieci w Pakistanie giną nagminnie. Szokiem jest to, że masakra uczniów miała miejsce w USA. Na Zachodzie bowiem przemoc w stosunkach międzyludzkich coraz bardziej zanika. Została stłamszona kulturą i rozwojem społeczeństw. Przecież do niedawna rozwiązywanie każdego niemal konfliktu siłowo było normą. Na ulicy można było za byle co zarobić w zęby. To samo dotyczyło polityki, gdzie nawet w demokratycznych krajach wybory polegały na biciu się w obronie urn wyborczych czy też swoich kandydatów. I naturalnie przekładało się to na podobnie agresywną politykę międzynarodową. Wojna o byle co.

Stopniowo, bardzo stopniowo – od średniowiecznego Pax Dei i Treuga Dei – obyczaje łagodniały pod wpływem chrześcijaństwa, a ostatnio pod wpływem chrześcijańskich sentymentów wyrażanych w sposób laicki. No i bomba atomowa – paradoksalnie – pomogła. Otrzeźwiła zacietrzewionych. W każdym razie dyrektorka przedszkola wyznała mi, że są absolutnie nieprzygotowani na ewentualny atak na placówkę. Na szczęście jeden z ojców, który pracuje dla Homeland Security, zgłosił się, aby opracować plan obronny. Niestety według prawa nauczycielki nie mogą przynieść broni do szkoły (to jest tzw. gun free zone), czyli nie mogą się bronić. Co więcej, w publicznej szkole nieopodal naszego przedszkola kilku ojców zgłosiło się na ochotnika, że będą na zewnątrz patrolować. Ale to też jest niedozwolone. Zostaliby aresztowani za posiadanie broni na terenie przyszkolnym. Kafka, czyli biurokratyczne absurdy.

Proszę zobaczyć: psychopaci wybierają w większości takie cele mordów, gdzie wiedzą, że nie ma broni. Na przykład kino w Aurora w stanie Kolorado, gdzie tzw. Batman zamordował 12 osób w lipcu 2012 roku, miało ostre przepisy przeciw przynoszeniu pistoletów i karabinów. Inne miejscowe kina takich przepisów nie miały.

Trzeba się bronić. Albo nauczycielki powinny mieć pozwolenie na broń, albo trzeba w każdej szkole zatrudnić uzbrojonego ochroniarza. To ostatnie to rada The National Rifle Association – głównego lobby posiadaczy i producentów broni.

Naturalnie lewacy mają odwrotny pomysł. Już Barack Obama zaklina się, że najlepszym sposobem jest ograniczenie dostępu do broni (gun control). No i naturalnie baranie stado w mediach i na uniwersytetach powtarza to jak mantrę. Celem jest rozbrojenie narodu. Będzie to trudne, bowiem ludzie mają legalnie 300 milionów sztuk broni w domach i nikt nie chce tego oddać. Naturalnie co cwańsi lewacy twierdzą, że chodzi tylko o „małe” ograniczenia. I niektóre nawet brzmią umiarkowanie. Na przykład proponują przymus sprawdzania stanu zdrowia psychicznego zakupującego broń, bo karalność już się sprawdza. No dobrze, ale przecież psychopata z Sandy Hook miał zaledwie „syndrom Aspergera”. Lekarze traktują to jako raczej niegroźną przypadłość. Teraz, gdy kultura amerykańska dyktuje, że niemal każdy jest ofiarą jakiejś tam przypadłości psychicznej, a chyba co trzeci Amerykanin jest na środkach uspokajających czy innych – komu zakazać posiadania broni? Zaostrzenie reżimu zakupu broni pod kątem zdrowia psychicznego oznacza też przepisanie całej legislacji dotyczącej chorych psychicznie.

Od lat sześćdziesiątych jest ona bardzo liberalna. Zasadą jest zwalniać wszystkich niemal – oprócz ewidentnie patologicznych – chorych psychicznie z instytucji zamkniętych, bowiem izolacja rzekomo narusza prawa człowieka. Rezultat jest taki, że szaleńcy wychodzą i nierzadko mordują ludzi albo przynajmniej ich atakują. Opowiadał mi o tym mój przyjaciel, dr Piotr Penherski, który jest profesorem psychiatrii na University of Alabama.

Ale postępowcy nie rezygnują. Chcą na przykład ograniczyć pojemności magazynków dostępnych na rynku czy też typy broni. Szczególnie dotyczy to pistoletów i karabinów półmaszynowych (semi-automatic). Najbardziej nie podoba im się AR-15, wersja cywilna. To z broni o małej pojemności magazynków nie można ludzi zabić? Wystarczy szybko zmieniać magazynki. Psychopata w Sandy Hook miał – oprócz AR-16 – dwa pistolety. Potrafił się nimi posługiwać bardzo dobrze. Postępowcy twierdzą, że „normalnym” ludziom nie potrzeba karabinów z wielkimi magazynkami. I tutaj autentyczna opowieść z kampanii wyborczej pewnego kongresmana na wsi w stanie Pensylwania. Wyborca: „Ogólnie podobasz mi się, ale nie będę na ciebie głosować ze względu na twoje podejście do broni”. Polityk: „Ależ ja wspieram twoje prawo do posiadania broni, myślę tylko, że chyba nie potrzebujesz karabinu maszynowego”. Wyborca: „Facet, nie będziesz mi mówił, czego ja potrzebuję, a czego nie”. Kongresman przegrał wybory.

Co bardziej niecierpliwi lewacy krzyczą, że trzeba zupełnie zakazać posiadania broni palnej. Będzie bezpieczniej. Naprawdę? W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych przesiadywałem przy The University of Chicago Law School. Wykładał tam John Lott, autor pracy „More Guns, Less Crime” (University of Chicago Press, Chicago, IL, 1998). Na podstawie badań statystycznych stwierdził, że tam, gdzie istnieje prawodawstwo wolnościowe w sprawie posiadania broni, jest też niski współczynnik przestępstw. Po prostu bandziory wiedzą, że ludzie mają broń, i tam nie chodzą. Bandziory prawie zawsze żerują na bezbronnych. Stąd Chicago, Nowy Jork czy stołeczny Waszyngton mają zarówno zakaz posiadania broni, jak i najwyższą w imperium statystykę śmierci gwałtownej. Co więcej, na początku XX wieku Nowy Jork miał zakaz posiadania broni palnej, a doświadczył kilkakrotnie więcej mordów niż Londyn, w którym nie było ograniczeń posiadania broni. Teraz są i oba miasta zbliżają się do siebie w liczbie trupów.

Jak zauważył konserwatysta Thomas Sowell, więcej ludzi ma broń palną na wsi, ale takiej broni więcej ich ginie w miastach (12 grudnia 2012, http://spectator.org/archives/2012/12/18/invincible-ignorance). Biali statystycznie posiadają broń częściej niż czarni, ale to czarni giną częściej od strzałów – zabijani zwykle przez innych czarnych. Amerykanie posiadają obecnie dwa razy tyle broni palnej co w XIX wieku, ale statystyka morderstw wykazuje tendencję zniżkową. Meksyk, Rosja i Brazylia mają surowsze prawa niż USA, jeśli chodzi o posiadanie broni, ale ich statystyki śmierci od strzałów są wyższe. Wolnościowa Szwajcaria, Izrael, Nowa Zelandia czy Finlandia zliberalizowały prawodawstwo dotyczące broni palnej i ich statystyki morderstw są dużo niższe niż w USA. Szwajcaria ma nawet lepsze rezultaty od restrykcyjnych Niemiec.

I w końcu: to nie broń zabija ludzi, no bo przecież to nie ołówek powoduje, że robię błędy. Ludzie zabijają ludzi. Jeśli się zdelegalizuje broń, to tylko bandziory będą ją miały – nielegalnie. A my pozostaniemy bezbronni.

Ale niezrażone taką statystyką ani argumentacją „lewary” twierdzą, że bez broni palnej będzie bezpieczniej. Naprawdę? Według FBI, więcej ludzi w USA zginęło od noży, pał, młotków i pięści niż od broni palnej (http://www.fbi.gov/about-us/cjis/ucr/crime-in-the-u.s/2011/crime-in-theu.s.-2011/tables/table-20; http://statement-analysis.blogspot.com/2013/01/fbi-statistics-on-murder-weapons.html;http://wmbriggs.com/blog/?p=2573). Niemal dwukrotnie więcej osób zamordowano pięściami niż karabinami. W Chiny naturalnie mają zakaz posiadania broni i słyszy się od czasu do czasu o masakrach nożami czy tasakami, w tym i dzieci. Chyba tego samego dnia, w którym miała miejsce masakra w Sandy Hook, chiński szaleniec zaatakował nożem 20 uczniów.

Gdy byłem dzieckiem w PRL, bardzo chciałem mieć karabin. Właściwie wiatrówkę. Ale komuna nie pozwalała. Tu, w imperium, przez długi okres nie miałem ochoty zostać właścicielem broni palnej. Za droga dla studenta. Ponadto są kłopoty z przewożeniem broni przez różne jurysdykcje, kłopoty z przechowywaniem i czyszczeniem. Gdy zachciało mi się postrzelać, to szedłem z przyjaciółmi – niektórzy zawsze byli uzbrojeni po zęby. I tak sobie pukaliśmy. W każdym razie nie potrzebowałem broni, bowiem wiedziałem, że sobie mogę zawsze kupić, gdy będę chciał. Ale w 2008 roku kandydat Obama obiecał, że ograniczy moją wolność posiadania broni. Wtedy właśnie kupiłem sobie pistolet: Smith & Wesson M&P 40. Teraz przymierzam się do maszynowego, snajperki oraz dubeltówki. I jak tylko Helenka będzie potrafiła unieść broń, to kupię jej karabinek. Jest to kwestia wolności. Jak to powiedział mi mój kolega Dan, prawnik: They can have my gun if they pry it from my cold, dead hands. Amen!

http://nczas.com/publicystyka/chodakiewicz-ograniczenie-prawa-do-posiadania-broni-po-moim-trupie/

 

Reklamy

Posted on 2 lutego 2013, in Prawo do posiadania broni. Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: